Biwak w Łazach

24.04-26.04.2015

Odbył się biwak w Łazach na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej (koło Ojcowa). Był to pierwszy biwak drużyny Rivendell i sto pierwszy Wszędoczłapów. Tyle oficjalnej informacji prasowej.

Przejdźmy więc do szczegółowego opisu wiosennego biwaku numer jeden (bo jeszcze będą!):

Spotkaliśmy się pod dworcem PKP w Katowicach, skąd autokarem jednej z popularnych linii wyruszyliśmy do Krakowa. Nawet nie zwróciliśmy uwagi na zwyczajowe utrudnienia na autostradzie A4, ponieważ piękna pogoda za oknami wprawiła wszystkich w dobry humor. Przesiadka w Krakowie przebiegła bez problemów i już wkrótce znów byliśmy w trasie, tym razem: kierunek Olkusz. Wysiedliśmy w Jerzmanowicach, na wysokości Ojcowa (tam się wysiada, gdyby ktoś nie wiedział) i stamtąd już rozpoczęliśmy pieszy etap naszej biwakowej wędrówki (nazwa Wszędoczłapy zobowiązuje!).

W czasie kilkukilometrowej bardzo przyjemnej pieszej wędrówki podziwialiśmy białe wapienne skałki i malowniczy pofalowany krajobraz, prawie uniknęliśmy deszczu, wreszcie mieliśmy okazję zobaczyć Letnią Rezydencję legendarnego Ryszarda (oklaski).

Aż w końcu dotarliśmy do Łaz, a konkretnie do naszego schroniska, zlokalizowanego w pięknym starym dworku otoczonym wysokimi drzewami. Po zasłużonej kolacji wkrótce udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Nazajutrz po śniadaniu wyruszyliśmy na wędrówkę Doliną Będkowską, aż do skały Grodzisko (najwyższego miejsca na Jurze!) – tam czekali już na nas druh Marek z Pauliną i Antkiem z Rivendell, którzy przyjechali na biwak dzień później.

Po powrocie do Łaz zasiedliśmy do gier wygranych przez Rivendell na FeKuHa, w tym czasie natomiast nasza utalentowana (jak widać również i kulinarnie!) kadra przygotowała nam przepyszny, wyśmienity, wykwintny, smakowity i zacny OBIAD (makaron z sosem i serem), który zjedliśmy ze smakiem i niekłamanym entuzjazmem.

Po ciszy poobiedniej wyruszyliśmy na marsz na orientację (m.in. w Dolinie Będkowskiej), w czasie którego na poszczególnych punktach zdobywaliśmy treści zadań do wykonania; zadania związane były z piosenkami i pląsami harcerskimi, a rozwiązania zadań przedstawialiśmy podczas wieczornego kominka.

W niedzielę rano udaliśmy się na Mszę do pobliskiego (za płotem) kościoła, po czym wzięliśmy udział w sportowej olimpiadzie, która odbyła się w pięknym ogrodzie naszego schroniska, potem obiad – a jakże, pyszny, tak jak wczoraj – i czekała nas kolejna piesza wędrówka, z powrotem do Jerzmanowic, na busa do Krakowa, a stamtąd na autokar do Katowic (szkoda, że pociąg jedzie 3 godziny…).

Wróciliśmy do domów zmęczeni wędrówkami ale szczęśliwi!